06/05/2026
📖TARANTULA📖
Autor: Thierry Jonquet
Tytuł oryginału: Mygale
Pierwsze wydanie: 1984
Wydanie polskie: Prószyński Media, Warszawa 2011
Przełożył: Tadeusz Markowski
OPIS:
Kim jest piękna Ewa, z którą wzięty chirurg plastyczny, Richard Lafargue, pokazuje się na przyjęciach? Dlaczego Ewa czasem tak subtelnie się uśmiecha, a on wtedy z trudem ukrywa wściekłość i ból? Czemu są razem, skoro jest między nimi tyle wrogości? Jaka tajemnica mogła połączyć ze sobą tych dwoje? Dlaczego piękny tekst piosenki "The Man I Love" stał się dla nich sposobem na wyrażanie nienawiści w najczystszej postaci? To książka, w której rozpacz przenika się z perwersją. To historia kata i jego ofiary. Tylko dla dorosłych.
✒️Kilka trafniejszych cytatów:
1. "Około północy pożegnali gospodarza i wrócili do domu w Vésinet. Richard odprowadził Ewę do jej apartamentów i usiadłszy na kanapie, obserwował, jak powolnymi, prawie leniwymi ruchami zdejmuje z siebie ubranie, nie odrywając od niego ironicznego spojrzenia.
Stanęła przed nim wyzywająco, w rozkroku, dłonie oparła na biodrach. Jej włosy łonowe były na wysokości jego twarzy. Richard wzruszył ramionami i wstał, by poszukać perłowego pudełeczka na półce biblioteki. Tymczasem Ewa ułożyła się na macie na posadzce. Richard usiadł po turecku obok niej, otworzył i wyjął z pudełka długą fajkę oraz zapakowane w sreberko małe szare kuleczki.
Delikatnymi ruchami nabił fajkę tytoniem, przypalił od rozżarzonej szczapy z kominka i podał Ewie. Natychmiast zaciągnęła się głęboko dymem. Po pokoju rozniósł się mdły zapach. Ewa leżała na boku z podwiniętymi nogami i paląc fajkę, wpatrywała się w Richarda. Szybko jej wzrok stał się szklisty. Richard przygotował następną porcję." [strona 11].
2. "Do domu w Vésinet wracał jeszcze szybciej. Przez całą drogę prześladował go obraz Viviane. Umęczone, zbrukane ciało... Viviane! To wszystko się zaczęło, gdy usłyszał, przerażający krzyk, który przedarł się ponad orkiestrę, i zobaczył Viviane w podartym ubraniu, z zakrwawionymi udami, z oczyma oszalałymi z przerażenia.
Line miała wolne. Z góry dolatywała melodia grana na pianinie. Podszedł do interkomu i wykrzyczał na całe gardło:
− Dobry wieczór! Przygotuj się. Musisz mnie rozerwać.
Głośniki wmurowane w ściany apartamentu zadrgały gwałtownie, nastawione na całą moc. Dźwięk był nie do wytrzymania. Ewa drgnęła. To przeklęte nagłośnienie stanowiło jedyną szykanę Lafargue'a, do której nie potrafiła się przyzwyczaić.
Zastał ją pochyloną nad pianinem z rękoma przyciśniętymi do uszu. Stał w progu z radosnym uśmiechem na twarzy i szklanką whisky w dłoni.
Spojrzała na niego przerażona. Doskonale wiedziała, co znaczą te nawracające kryzysy. W ciągu ostatniego roku Viviane miała już trzy napady, podczas których dokonywała samookaleczeń. Richard cierpiał i nie potrafił sobie z tym dać rady. Teraz musiał jakoś ukoić swoje cierpienia. Ewa miała mu pomóc.
− No chodź tu, dziwko!
Podał jej szklankę, a widząc opór, odchylił jej głowę do tyłu i pociągnął za włosy. Musiała wszystko wypić do dna. Chwycił ją za rękę i pociągnął na dół, siłą wepchnął do samochodu.
O dwudziestej weszli do kawalerki przy ulicy Godot-de-Mauroy. Lekkim kopnięciem w plecy pchnął ją na łóżko.
− Rozbieraj się. Szybko!
Otworzył szafę i zaczął wyrzucać ubrania na podłogę. Ewa stała naga przed nim i cicho płakała. Podał jej skórzaną spódnicę, skórzany gorset i kozaczki. Kiedy skończyła się ubierać, ręką wskazał telefon.
− Zadzwoń do Varneroya!
Ewa drgnęła z odrazą, ale Richard był nieugięty. Ujęła słuchawkę i wybrała numer. Po chwili odezwał się Varneroy. Natychmiast rozpoznał jej głos w słuchawce. Richard cały czas stał przy Ewie, gotowy uderzyć za najmniejszy sprzeciw.
– Droga Ewo – w słuchawce odezwał się nosowy głos – już się pozbierałaś po naszym ostatnim spotkaniu i potrzebujesz pieniędzy? Jak to miło, że zadzwoniłaś do staruszka Varneroya!
Umówiła się z nim. Rozradowany oznajmił, że zjawi się za pół godziny. Varneroy był świrem, którego Ewa poderwała którejś nocy na Bulwarze Kapucynów, w czasach kiedy Richard zmuszał ją jeszcze do łapania klientów z chodnika. Zebrała ich wystarczająco wielu, żeby zapełnić karnet na dwa miesiące. Dzięki temu Lafargue mógł zawsze wybrać sposób, w jaki ją poniży.
– Postaraj się stanąć na wysokości zadania – zakpił i zniknął za drzwiami. Wiedziała, że będzie ją obserwował przez lustro w sąsiednim mieszkaniu.
To, co jej robił Varneroy, nie pozwalało na zbyt częste spotkania. Ewa dzwoniła więc do niego jedynie w chwilach ataków Viviane. Varneroy doskonale rozumiał, kiedy Ewa ma dość; kiedy krzyczała, żeby przestał, faktycznie przestawał i zostawiał jej numer, pod którym mogła go znaleźć, gdyby ponownie nabrała ochoty na uleganie jego kaprysom.
Pojawił się ogromnie radosny. Był to uprzejmy pan z dużym brzuchem i różową twarzą. Zdjął kapelusz, starannie powiesił marynarkę i ucałował Ewę w oba policzki, a potem wyjął torbę z pejczem.
Richard przyglądał się tej scenie z zadowoleniem. Dłonie miał zaciśnięte na poręczy fotela, twarz mu drgała nerwowymi tikami.
Ewa wykonywała tymczasem groteskowy taniec według wskazówek Varneroya. Pejcz strzelał miarowo, a Richard klaskał w dłonie, śmiejąc się jak wariat. Nagle ogarnęło go obrzydzenie, nie mógł znosić tego dłużej. Cierpienie Ewy należało do niego, on wyznaczał granice. Teraz niespodziewanie poczuł litość. Rechocząca gęba Varneroya wstrząsnęła nim tak głęboko, że pędem wpadł do kawalerki.
Varneroy był zdumiony, zastygł w bezruchu z uniesioną ręką. Lafargue wyrwał mu pejcz z dłoni, złapał za kołnierz i wypchnął na korytarz. Świrowi rozszerzyły się oczy ze zdumienia. Niczego nie rozumiał. Wciąż nie mogąc wydobyć z siebie głosu, pędem zbiegł po schodach, nie czekając na resztę swoich rzeczy.
Richard podniósł Ewę z ziemi i pomógł jej się umyć. Ubrała się ponownie w sweter i dżinsy, w których ją zastał, kiedy przyszedł wrzeszczeć przez interkom.
Bez słowa zabrał ją do domu, rozebrał i położył do łóżka. Delikatnie przemył jej rany i zaparzył herbatę. Tulił Ewę i poił drobnymi łykami. Potem przykrył ją kołdrą i gładził po włosach. W herbacie rozpuścił środek nasenny, więc Ewa wkrótce zasnęła.
Wyszedł do ogrodu. Na stawie łabędzie spały wtulone w siebie. Podziwiał ich spokój, zazdroszcząc jednocześnie tej bezgranicznej wzajemnej ufności. Gorące łzy ciekły mu po twarzy. Wydostał Ewę z rąk Varneroya i wreszcie zrozumiał, że uczucie litości – bo tak je nazywał – całkiem wyparło jego poprzednią nienawiść. Nienawiść, która nie miała granic i zahamowań. A nienawiść stanowiła jedyny powód, dla którego chciał jeszcze żyć." [strony 70-74].
3. "Nie potrafił skończyć. Był godny pożałowania. Przegrał z kretesem i w upokorzeniu, ale klęska przyszła zbyt późno, by mogła być karą za tyle nienawiści. Bo jego nienawiść wygasła." [strona 130].