15/04/2026
Wow. 4 czerwca do polskich kin ponownie trafi „Podziemny krąg” Davida Finchera (w Polsce miał premierę w 2000 roku). Pamiętam doskonale jak wyszedłem z pierwszego seansu, podszedłem do kasy i kupiłem z marszu bilet na drugi. Coś takiego nie zdarzało mi się często (jestem w stanie na palcach pewnie dwóch rąk zliczyć filmy, które tak obejrzałem). Taki cios obuchem w łeb.
W chwili premiery Finchera oskarżono o maczyzm, gloryfikację przemocy, o pseudopsychoanalityczne pretensje. W dodatku kiedy różni osobnicy płci męskiej zaczęli zakładać w Stanach prywatne Fight Cluby, Finchera oskarżono o nakłanianie do przemocy. Tyle, że dla mnie „Podziemny krąg” nigdy nie był filmem o przemocy. Wręcz przeciwnie. To film o antyprzemocy. O bezsilności. Bezradności i przytłaczającej samotności, która w efekcie doprowadza bezimiennego narratora do pozbawionego sensu szaleństwa.
Bo w tym szaleństwie narratora nic nie ma sensu. Ani okrutna naparzanka, ani terrorystyczna frakcja, ani jej wielka spektakularna akcja. Szaleństwo ma to do siebie, że napędza je irracjonalna siła. I tacy też są bohaterowie Finchera (i Palahniuka, na podstawie którego powieści film powstał). Skrajnie pogubieni chłopcy, walczący z wyimaginowanych walkach z wyimaginowanym wrogiem.
W 1999 roku anarchistyczne szaleństwo filmu Finchera ubrane było jednak w postmodernistyczną ironię i zgrywę – reżyser nieustannie przypominał, że to tylko film. Kpił zupełnie jak narrator „Celiny”, że to tylko dla zwykłej draki, w ogóle prawdy nie ma w tym.
Minęło ćwierć wieku i dziś kpina Finchera trochę już nie brzmi jak kpina. To, co kiedyś było napędzanym testosteronem anarchistycznym żartem, stało się doświadczeniem codzienności – a ilość prawdziwych chłopców, którzy toczą wyimaginowane wojny z wyimaginowanym wrogiem, próbując zmienić świat, zaczyna być zaskakująco spora. I choćby z tego powodu bardzo ciekawie to się będzie oglądało. Jaram się.