21/03/2026
Z głębokimi podziękowaniami za wszystkie głosy w dyskusji, załączamy krótkie psychoanalityczne resume. Ciekawej lektury i do zobaczenia wiosną.
To był seans, który nie tyle się ogląda, co niemal fizycznie przeżywa. Film swoją formą - poprzez bliskie kadry, intensywność i klaustrofobiczną perspektywę - zamyka nas w świecie głównej bohaterki, czyniąc ją centrum doświadczenia i włącza nas zmysłowo w jej doświadczenie. Czujemy jak jej rzeczywistość staje się przytłaczająca, pochłonięta opieką nad dzieckiem, nerwowa, nie dająca przestrzeni na oddech. Równoległe identyfikacje oraz dylematy możemy obserwować na płaszczyźnie zawodowej (terapeutka - matka) oraz osobistej (pacjentka – dziecko) bohaterki. Pytania o bycie ważną, autonomiczną i zależną, o granice oddania i przyjęcia, ale i niemożność bycia zrozumianą towarzyszą nam przez cały film.
Podczas dyskusji przyglądaliśmy się tak przedstawionemu macierzyństwu nie jako idealizowanemu doświadczeniu, lecz jako przestrzeni pełnej ambiwalencji, lęku i osamotnienia. Niedostatek „trzymającego środowiska” - symbolicznie zapadającego się sufitu i czarnej dziury - powracają tu jako istotny motyw. Świat zewnętrzny jawi się bohaterce jako krytyczny i kwestionujący jej kompetencje, a każda próba sięgnięcia po pomoc w tej sytuacji, okazuje się trudna lub niemożliwa.
Film mocno dotyka tego, co często pozostaje niewypowiedziane: współistnienia miłości, troski i czułości z frustracją, złością, a nawet nienawiścią wobec dziecka. To napięcie - jak zauważał Winnicott - jest nieodłączną częścią doświadczenia bycia matką. Czy zawierający w sobie bezsilność tytuł „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” adresuje się do męża, terapeutów, świata, czy może do wymagającej leczenia i pochłaniającej tym córki? Film odsłania trudną prawdę: że macierzyństwo może być doświadczeniem granicznym, w którym miłość i destrukcja splatają się ze sobą w sposób trudny do pomieszczenia.
Na początku nie ma niemowlęcia - jest niemowlę i zaabsorbowana nim matka. Widzimy jak życie bohaterki koncentruje się wokół odmawiającej jedzenia córki i walki o jej przetrwanie. Złączone sondą niczym pępowiną wydają się dalej emocjonalnie tkwić w tej pierwotnej zależności. Utożsamione z matką jedzenie sprawia, że niemożność jego przyjęcia przez dziecko, jest przeżywana przez karmicielkę jako odrzucenie. Matka wątpi w siebie, mierząc się z poczuciem braku kompetencji, winy, a często i osamotnienia. Możemy widzieć również napięcie między ideałem i społecznymi oczekiwaniami, a realnymi możliwościami, co pogłębia jej doświadczenie bycia „złą matką”. Te trudne uczucia zostają odszczepione, wzmagając załamanie i autodestrukcję.
Nienaprawialna dziura staje się trwałym obrazem braku i utraty bezpieczeństwa - rezonując także z „raną” w ciele córki, jakby śladem pierwotnej katastrofy. Macierzyństwo uruchamia tu głębokie warstwy relacji z własną matką, które powracają i ożywają w aktualnym doświadczeniu. To zanurzenie ma wymiar regresywny – przywołuje skojarzenia z prenatalnością i wcześniejszymi, trudnymi przeżyciami: aborcją, porodem, a być może także depresją.
Wiele wątków pozostało otwartych lub wieloznacznych. Pojawienie się męża i ojca dziecka wprowadza do relacji matka–córka element trzeciego, stwarzając potencjalną przestrzeń dla zmiany i naprawy. Finał nie przynosi jednak ukojenia. Czy wyjęcie sondy jest aktem desperacji, naprawy, czy próbą separacji? Rzucając się w fale, bohaterka zdaje się zawieszona między życiem a śmiercią – jakby w regresywnej, a zarazem niemożliwej już próbie powrotu do początku. Dopiero wtedy po raz pierwszy widzimy twarz córki - ale film nie daje jednoznacznej odpowiedzi, czy ich odrębne tożsamości będą mogły się rozwinąć.
To poruszające, niepokojące kino, które zmusza do konfrontacji z najbardziej pierwotnymi aspektami relacji i przypomina, jak kruche, ambiwalentne i wymagające jest doświadczenie opieki - zarówno wobec dziecka, jak i wobec samego siebie.
Tekst: Michał Mocek